Czasy wszędobylskich muz spływających na poetów znienacka i wyciskających z ich gęsich piór doskonałe dzieła odeszły w niepamięć, niektórzy twierdzą nawet, że nigdy nie istniały. Dziś, aby powstało dzieło literackie, godne wydawniczej ekspozycji, trzeba na nie chuchać i dmuchać. W gronie ojców jego sukcesu z pewnością musi znaleźć się wprawny redaktor.
Pisarz, wiadomo, ma wizję, misję, pomysł, koncept, rozpoznawalny styl, niebanalną wyobraźnię, refleksyjną naturę, nieszablonowe podejście do języka – jego przymioty można mnożyć w nieskończoność. Jednakże bohaterem tego artykułu jest ktoś, kto, schowany za plecami piszącego, nierzucający się w oczy z okładki, pilnuje, aby książka miała kształt trafiający do odbiorcy. Są autorzy, którzy nie walczą o literacką publikę, pisują do szuflady i kuplety na rodzinne imprezy. Jeśli jednak zależy im na pozyskaniu czytelników – muszą zaufać redaktorskiej technice.
Jeśli pisarza nazwiemy twórcą, redaktora spokojnie można określić mianem rzemieślnika, odtwórcy czy literackiej złotej rączki. Idealistyczne podejście autorów do literatury, zbyt często na tyle odrywa ich od spraw przyziemnych, że nie potrafią obiektywnie ocenić własnych dokonań. Do tego, że tacy „majstrzy” wyręczają ich w sprawach żmudnych, literacko brudzących, zbyt błahych dla umysłu pisarza, przyznają się najwięksi spośród zacnego grona. Niektórzy współdzielą ze swoimi redaktorami sukces książek, publicznie przyznając się, że kształt zasługujący na uznanie czytelników dzieło osiągnęło dopiero pod czujnym nadzorem językowego wyrobnika. „W świadomości zbiorowej pisarze to romantyczni indywidualiści, samotni geniusze przelewający na papier swoje wizje. Mało kto wie, że wiele książek ma więcej niż jednego autora” – pisała swego czasu na łamach Polityki Agnieszka Wolny-Hamkało, odkłamując wizję literackiego geniuszu.
Początkujący pisarze mają więcej obaw przed współpracą z redaktorem niż ich doświadczeni koledzy. Częstokroć swoje wymarzone dzieło uznają za całkowity absolut, nie tylko nie przyjmują do wiadomości, że mogłoby mieć skazy, ale też są przekonani, że, broniąc do struktury tekstu dostępu osobom trzecim, bronią niezawisłości literatury. Idea osobności i mgliste podejście do indywidualizmu odbierają im w ten sposób możliwość czerpania z dobrych rad fachowca, którego zamiarem nie jest w żadnym razie reglamentacja ich prawa do dzieła. Zresztą w tych kwestiach autor ma zawsze pierwszeństwo i to on dzierży palmę wielkości, redaktor uczyni dokładnie tyle, na ile pozwoli mu twórca. Od strony prawnej też nie ma żadnego niebezpieczeństwa – prawo autorskie nie dopuszcza możliwości, że redaktor staje się współautorem tekstu. A zatem nie taki diabeł straszny…
Doświadczeni i nagrodzeni pisarze bez oporów przyznają, że pozwolili sobie pomóc doświadczonym redaktorom ze swoich wydawnictw. Olga Tokarczuk określiła kiedyś relację pisarz-redaktor jako relację podwładnego i szefa, Jerzy Pilch przyznał, że pozwalał dopisywać i ingerować w fabularną tkankę swojemu redaktorowi.
Z pewnością zakres prac redaktora i jego interwencji to sprawy delikatne. Zatrudnieni w takiej roli mają różne podejście do swoich obowiązków. Niektórzy ograniczają się do wskazania językowych i rzeczowych anachronizmów, wypunktowania powtórzeń i niespójności, inni starają się przeforsować swoje pomysły, mają zdanie w kwestii przebiegu akcji oraz budowy postaci literackich. Najlepiej zapewne, jeśli uda się wypośrodkować redakcyjną skromność i zapędy do hegemonii.
Równie dobrze jeśli autor jest w stanie zaufać redaktorowi i nie traktować go jako swego wroga. Zdarzyło się piszącemu te słowa, że musiał wykłócać się z pisarką o szczegóły dotyczące stylizacji językowej. A był to spór nieco poniżej merytorycznego poziomu, gdyż przeciw znajomości problemu, który zasygnalizowałem dość jasno, postawione zostały internetowe komentarze… Pojąłem wówczas, że owa Pani nie do końca zdaje sobie sprawę, czymże są funkcjonalne style naszego pięknego języka. I tak jakaś norma znaleziona za pomocą google’a zmąciła potoczystość fabuły książki.
Pewne jest jedno: żadne dzieło literackie nie powinno opuścić szuflady, zanim nie przejrzy je fachowiec od redakcji. Nie warto narażać się na śmieszność i drwinę, nie ma potrzeby też, aby autor brał na swe barki cudzą robotę. Lepiej zwrócić się do specjalisty. Zaczynającym pisać skorzystanie z tego typu pomocy mogą przesłaniać zapewnienia rodziny i znajomych o jakości dzieła. Bywa jednak, że brak krytycyzmu bliskich biorą oni za dobrą monetę i gwarancję jakości. To tak, jakby odmówić pomocy lekarza i skorzystać w chorobie jedynie ze sprawdzonych, domowych sposobów. Jeśli nie mamy oporu przed zwróceniem się o pomoc do lekarza, fryzjera, murarza, czemuż fetyszyzować zajęcie redaktora i wzbraniać się przed nim jak egzorcystą?
W serwisie DozaZine oferta redakcji rzeczowej i językowej tekstu sąsiaduje w ofertą korektorską (zobacz ofertę: Redakcja tekstu, Korekta tekstu). Każdy autor, decydując się na wybór usługi, już wstępnie określa, w jakim zakresie jest tekst jest „naruszalny” a on sam podatny na redakcyjne sugestie i otwarty na konstruktywną krytykę. W zakres redakcji wchodzi przede wszystkim całościowy ogląd dzieła z obiektywnej pozycji, analiza spójności fabuły zgodnie z założeniami gatunku, jaki uprawia pisarz, wyczulenie na powtarzalne elementy i brak spójności w fabule, ocena prawdopodobności charakterologicznej i typologicznej postaci. Trzeba konieczne zaznaczyć, że współpraca w ramach tej usługi nie kończy się na przesłaniu suchego komentarza, ale jest procesem ciągłym, dążącym do pełnej satysfakcji obu stron i – w konsekwencji – do wydania książki. Konsultacje są wskazane, redaktor zaś otwarty na autorskie koncepcje i nieszablonowe rozwiązania. Z pewnością nie jest tak, że próbujemy kneblować usta literackiej awangardzie. Niemniej dzieło powinno mieć początek, środek i koniec - jak mawiał pewien uznany pisarz. I do tego wspólnie z autorem dążyć będzie redaktor.
Pisarz, wiadomo, ma wizję, misję, pomysł, koncept, rozpoznawalny styl, niebanalną wyobraźnię, refleksyjną naturę, nieszablonowe podejście do języka – jego przymioty można mnożyć w nieskończoność. Jednakże bohaterem tego artykułu jest ktoś, kto, schowany za plecami piszącego, nierzucający się w oczy z okładki, pilnuje, aby książka miała kształt trafiający do odbiorcy. Są autorzy, którzy nie walczą o literacką publikę, pisują do szuflady i kuplety na rodzinne imprezy. Jeśli jednak zależy im na pozyskaniu czytelników – muszą zaufać redaktorskiej technice.
Rozdzielamy role
Jeśli pisarza nazwiemy twórcą, redaktora spokojnie można określić mianem rzemieślnika, odtwórcy czy literackiej złotej rączki. Idealistyczne podejście autorów do literatury, zbyt często na tyle odrywa ich od spraw przyziemnych, że nie potrafią obiektywnie ocenić własnych dokonań. Do tego, że tacy „majstrzy” wyręczają ich w sprawach żmudnych, literacko brudzących, zbyt błahych dla umysłu pisarza, przyznają się najwięksi spośród zacnego grona. Niektórzy współdzielą ze swoimi redaktorami sukces książek, publicznie przyznając się, że kształt zasługujący na uznanie czytelników dzieło osiągnęło dopiero pod czujnym nadzorem językowego wyrobnika. „W świadomości zbiorowej pisarze to romantyczni indywidualiści, samotni geniusze przelewający na papier swoje wizje. Mało kto wie, że wiele książek ma więcej niż jednego autora” – pisała swego czasu na łamach Polityki Agnieszka Wolny-Hamkało, odkłamując wizję literackiego geniuszu.
Przykład idzie z góry
Początkujący pisarze mają więcej obaw przed współpracą z redaktorem niż ich doświadczeni koledzy. Częstokroć swoje wymarzone dzieło uznają za całkowity absolut, nie tylko nie przyjmują do wiadomości, że mogłoby mieć skazy, ale też są przekonani, że, broniąc do struktury tekstu dostępu osobom trzecim, bronią niezawisłości literatury. Idea osobności i mgliste podejście do indywidualizmu odbierają im w ten sposób możliwość czerpania z dobrych rad fachowca, którego zamiarem nie jest w żadnym razie reglamentacja ich prawa do dzieła. Zresztą w tych kwestiach autor ma zawsze pierwszeństwo i to on dzierży palmę wielkości, redaktor uczyni dokładnie tyle, na ile pozwoli mu twórca. Od strony prawnej też nie ma żadnego niebezpieczeństwa – prawo autorskie nie dopuszcza możliwości, że redaktor staje się współautorem tekstu. A zatem nie taki diabeł straszny…
Doświadczeni i nagrodzeni pisarze bez oporów przyznają, że pozwolili sobie pomóc doświadczonym redaktorom ze swoich wydawnictw. Olga Tokarczuk określiła kiedyś relację pisarz-redaktor jako relację podwładnego i szefa, Jerzy Pilch przyznał, że pozwalał dopisywać i ingerować w fabularną tkankę swojemu redaktorowi.
Z pewnością zakres prac redaktora i jego interwencji to sprawy delikatne. Zatrudnieni w takiej roli mają różne podejście do swoich obowiązków. Niektórzy ograniczają się do wskazania językowych i rzeczowych anachronizmów, wypunktowania powtórzeń i niespójności, inni starają się przeforsować swoje pomysły, mają zdanie w kwestii przebiegu akcji oraz budowy postaci literackich. Najlepiej zapewne, jeśli uda się wypośrodkować redakcyjną skromność i zapędy do hegemonii.
Równie dobrze jeśli autor jest w stanie zaufać redaktorowi i nie traktować go jako swego wroga. Zdarzyło się piszącemu te słowa, że musiał wykłócać się z pisarką o szczegóły dotyczące stylizacji językowej. A był to spór nieco poniżej merytorycznego poziomu, gdyż przeciw znajomości problemu, który zasygnalizowałem dość jasno, postawione zostały internetowe komentarze… Pojąłem wówczas, że owa Pani nie do końca zdaje sobie sprawę, czymże są funkcjonalne style naszego pięknego języka. I tak jakaś norma znaleziona za pomocą google’a zmąciła potoczystość fabuły książki.
Daj sobie pomóc
Pewne jest jedno: żadne dzieło literackie nie powinno opuścić szuflady, zanim nie przejrzy je fachowiec od redakcji. Nie warto narażać się na śmieszność i drwinę, nie ma potrzeby też, aby autor brał na swe barki cudzą robotę. Lepiej zwrócić się do specjalisty. Zaczynającym pisać skorzystanie z tego typu pomocy mogą przesłaniać zapewnienia rodziny i znajomych o jakości dzieła. Bywa jednak, że brak krytycyzmu bliskich biorą oni za dobrą monetę i gwarancję jakości. To tak, jakby odmówić pomocy lekarza i skorzystać w chorobie jedynie ze sprawdzonych, domowych sposobów. Jeśli nie mamy oporu przed zwróceniem się o pomoc do lekarza, fryzjera, murarza, czemuż fetyszyzować zajęcie redaktora i wzbraniać się przed nim jak egzorcystą?
W serwisie DozaZine oferta redakcji rzeczowej i językowej tekstu sąsiaduje w ofertą korektorską (zobacz ofertę: Redakcja tekstu, Korekta tekstu). Każdy autor, decydując się na wybór usługi, już wstępnie określa, w jakim zakresie jest tekst jest „naruszalny” a on sam podatny na redakcyjne sugestie i otwarty na konstruktywną krytykę. W zakres redakcji wchodzi przede wszystkim całościowy ogląd dzieła z obiektywnej pozycji, analiza spójności fabuły zgodnie z założeniami gatunku, jaki uprawia pisarz, wyczulenie na powtarzalne elementy i brak spójności w fabule, ocena prawdopodobności charakterologicznej i typologicznej postaci. Trzeba konieczne zaznaczyć, że współpraca w ramach tej usługi nie kończy się na przesłaniu suchego komentarza, ale jest procesem ciągłym, dążącym do pełnej satysfakcji obu stron i – w konsekwencji – do wydania książki. Konsultacje są wskazane, redaktor zaś otwarty na autorskie koncepcje i nieszablonowe rozwiązania. Z pewnością nie jest tak, że próbujemy kneblować usta literackiej awangardzie. Niemniej dzieło powinno mieć początek, środek i koniec - jak mawiał pewien uznany pisarz. I do tego wspólnie z autorem dążyć będzie redaktor.





















